Strażnicy piekieł część II

KTO POSIADŁ CHOĆ ZIARENKO PRAWDY, NIE MA PRAWA SKRYWAĆ GO PRZED INNYMI, BO ONO JUŻ NIE NALEŻY DO NIEGO, LECZ DO BOGA. (Mikołaj Gogol)

Wielokrotnie wypytywałam Irenę gdzie znajdował się ten obóz, w jakim miejscu, niestety twierdziła, że nie miała pojęcia a mąż tego akurat tego nie zgadzał się jej zdradzić.

Jak mi przekazała nie opowiadał jej oczywiście z detalami co miało miejsce w obozie, ale zapewne miewał jakieś wewnętrzne rozterki skoro jednak chciał się z kimś podzielić przeżyciami, które w owym czasie jakby go nieco przerosły. Moje wnioski były tego rodzaju, że prawdopodobnie początkowo sądził on, że rzeczywiście bierze udział w jakimś niezwykle wiekopomnym projekcie, jak go na wstępie poinformowano, a praktycznie stał się tylko strażnikiem torturowanych dzieci. Być może przypuszczał, że tak nowoczesne laboratorium będzie przeznaczone na „produkcję nadludzi”, i oczywiście nawet nie zdawał sobie sprawy (moim zdaniem) jak blisko był prawdy, będąc jednocześnie zbyt nisko w hierarchii aby mógł otrzymać jakieś konkretne wyjaśnienia, czy poufne informacje.

Należy jednak przyznać, że miał pewne obiekcje ponieważ uważał, że skoro nie można z organizmu tych dzieci wygenerować tego składnika jaki spodziewali się pozyskać naukowcy, to należy dzieciaki odesłać gdzieś do jakiejś pracy a nie zabijać eksperymentami, które nie dają efektów.

Było to myślenie typowego niemca, któremu zapewne przeszkadzało „marnotrawstwo” zasobów dziecięcych, bo patrząc na jego zdjęcie raczej nie wyczuwało się empatii, jak bardzo chciała w to wierzyć jego żona Irenka.

Zanim przejdę do opisu wymienionej polskiej rodziny w pierwszej części artykułu, przekażę parę faktów o tym obozie „w wysokich górach w Czechach”, bo tak określała go Irenka.

A patient is connected to an encephalogram machine, which will record his brain’s activity by reading the rhythmic electric pulses it emits. This takes place in the laboratory of Dr Grey Walter at the Burden Neurological Institute at Bristol University. Original Publication: Picture Post – 4998 – New Light On The Brain – pub. 1950 (Photo by Charles Hewitt/Getty Images)

Z jej opowieści wynikało, że mieszkańcy podgórskich miejscowości faktycznie nie mieli pojęcia co się w tych górach znajduje, sądzili ponoć iż jest to jakiś obóz szkoleniowy dla wyższych rangą wojskowych niemieckich lub jakieś luksusowe schronisko górskie czy coś tego rodzaju. Dostać się właściwie można było tylko śmigłowcem, no chyba, że ktoś uprawiał wspinaczkę wysokogórską. Niemcy zajęli Czechosłowację w marcu 1939 roku, więc od tego czasu prawdopodobnie musieli zacząć budowę obozu, ponieważ już w grudniu większość pomieszczeń była przystosowana na laboratoria, stołówkę oraz części mieszkalne, tak w każdym razie opowiadał mąż Irence. I teraz dwie najważniejsze sprawy, ssmani pilnujący budynku nie mieszkali w nim, tylko w bungalowie przypominającym hotel, który znajdował się nieco wyżej głównego budynku. Każdy z nich posiadał luksusowe dwupokojowe mieszkanie z kuchnią i łazienką, gdzie przednie ściany salonu i kuchni były całkowicie przeszklone z tarasami i przepięknymi widokami.

Reszta pracowników oraz dzieciarnia mieszkała właśnie w budynku gdzie mieściły się laboratoria i stołówka oraz pomieszczenia o różnym przeznaczeniu a także pokoje wartowników tzw. wewnętrznych bo byli i tacy, i to ci często torturowali wyznaczone dzieciaki, jednak według słów ssmana nie wszystkie były torturowane. Ten główny budynek według słów męża Irenki był jakby wbity w skałę, ale piwnice wyglądały jak naturalne wgłębienia i były bardzo głębokie, dokładnie się nie przyjrzał ponieważ w podziemiach był tylko kilka razy i to bardzo krótko.

Ssmani zostali poinformowani, że ochraniają projekt na skalę światową i w momencie gdy ów projekt się powiedzie oni staną się rzeczywistymi dowódcami armii światowych, ponieważ państw narodowych jako takich już nie będzie. Czyli jak domniemywali to niemcy staną się hegemonami na tej półkuli, zaś na drugiej będzie to ameryka i jakoś tak, jak twierdził mąż Irenki nikomu z ssmanów to nie przeszkadzało czyli nie była to prawda, że tak nienawidzili ameryki i jeszcze innej nacji, z której większość pracowników tego obozu się wywodziła. Druga ważna sprawa to według słów męża Irenki szefostwo obozu ROZMAWIAŁO MĘDZY SOBĄ TYLKO PO ANGIELSKU A CZASEM W JESZCZE INNYM JĘZYKU, a po niemiecku mówili z akcentem. Ciekawe prawda? w 1939 r amerykanie współpracowali z niemcami? Dlatego każda opiekunka oraz niemiecka rodzina Irenki uważały jej wspomnienia za bzdury, chociaż oficjalnie wiedziano, że mąż Irenki służył w Czechach i tam poznał swoja żonę.

A więc tak na marginesie byłam jedyną osobą, która podeszła poważnie do opowieści kobiety, a że do śmierci męża w kwestii rodzaju służby męża milczała jak grób, i on także, wszyscy sądzili, że po jego odejściu pomieszało się staruszce w głowie.

Wracając więc do tematu, dzieci przebywające w obozie, zaraz po przyjeździe otrzymywały kilka „ pudełek” z informacją, że to magiczne pudełeczka, coś jak mini kina pełne różnych strasznie ciekawych bajeczek.

Dzieciakom powiedziano, że tylko one mogą je otworzyć póki są dziećmi, dorośli niestety stracili te umiejętność w trakcie dorastania. Bardzo dużo dzieciaków zapaliło się do owych „pudełeczek”, ale jak to dzieci, jeżeli po kilku dniach nic się działo, pudełeczko nie zmieniało się w magiczne źródło bajeczek, dzieciaki traciły zainteresowanie nim. Jak już wspomniałam w części pierwszej pewien chłopczyk, na krótko uaktywnił jedno z tych „pudełeczek”, niestety mimo usiłowań z jego strony, drugi raz mu się to nie powiodło i został zamęczony przez oprawców z obozu, którzy mienili się lekarzami czy uczonymi.

 

Innym razem przywieziono sześcioletnią dziewczynkę, niestety nie wiem z jakich krajów dokładnie były te dzieci, bo mąż Irenki używał określenia „z któregoś z tych słowiańskich krajów” i niby powtarzał to za swoim dowódcą, który tak odpowiadał ciekawskim ssmanom. Aczkolwiek mąż Irenki prowadził ewidencję, niestety nie wszystkich dzieci, nawet jemu nie ufano w kwestii danych niektórych, i wtedy pomijano jego biuro i osoby czy dzieci kierowano prosto do szefa obozu owego niskiego czarnowłosego „lekarza”.

A więc ta przywieziona dziewczynka była jakimś małym geniuszem, ponieważ w ciągu trzech miesięcy mówiła już nieźle po niemiecku i angielsku, zaś po kilku miesiącach pisała i czytała oraz mówiła w tych językach biegle. Aczkolwiek to nie wszystko, bo „ogarniała” matematykę i inne przedmioty w stopniu błyskawicznym.

W związku z tym nasz ssman a mąż Irenki zwierzył się jej, że los małej geniuszki jest właściwie przesądzony, bo jeżeli nie otworzy „pudełeczka” swoimi siłami, to „lekarze i naukowcy” z tego obozu wykończą ją różnorakimi eksperymentami. Wówczas Irenka poczęła prosić swojego męża aby wystąpił o przeniesienie do innej pracy, bolało ją serce nie tylko o torturowane dzieci ale twierdziła, że Bóg ich ukarze i zabierze w odwecie ich maleńką córeczkę.

Niestety jej mąż na to odpowiedział, że „ich bóg” ich nie ukarze, a on od momentu gdy przysiągł „organizacji” nie ma już odwrotu, i ona także jeśli chce żyć.

Oczywiście dziewczynka po około roku pobytu w ośrodku i „nieinwazyjnych eksperymentach”, została poddawana seansom hipnotycznym, i jak zauważył zaraz po tych seansach zaczęła w strasznie szybkim tempie przybierać na wadze. Natomiast w trakcie tych seansów opisywała rzekomo historie i ludzi z tych „pudełeczek” , i jej opisy były tak nieprawdopodobne, że aż dech zapierało.

Wiedział o tym ponieważ on i jego dowódca jako jedyni z całej ekipy blisko dwudziestu ssmanów, mogli się czasem tym seansom przysłuchiwać. Dziewczynka w końcu tak przybrała na wadze, że nie mogła się samodzielnie poruszać, wyglądała jak jakiś bezkształtny kłąb tłuszczu(słowa ssmana), z którego wystawały cienkie kończynki a szyi wcale nie było widać. Miewała tak wielkie boleści, że słychać było jej krzyki na cały budynek, więc położono ją w pomieszczeniu dźwiękoszczelnym.

I wtedy najmłodszy z ssmanów tzw. drugi zastępca, który chyba jeszcze nie był poddany inicjacji „organizacji”, bo ponoć w jakiś sposób „przeszkadzały” mu krzyki i jęki torturowanych dzieci, choć raczej o wiele rzadziej je widywał i słyszał niż mąż Irenki i jego dowódca.

I to właśnie ten najmłodszy z ssmanów prosił „naczelnego lekarza” aby może uśpił to biedne dziecko. Niestety pan „doktorek”- niski, krępy, czarnowłosy i czarnooki, nie zgodził się i miał na to swoje wyjaśnienie, choć jak twierdził „nasz”ssman -mąż Irenki ów „naukowiec” wyjaśniać nic nie musiał, bo wszyscy się go bali.

Dzieci, które nie miały wyjątkowo wysokiego poziomu inteligencji (oczywiście bardzo inteligentne były przeważnie wszystkie), zostawały od razu zamieniane na króliczki doświadczalne. Na początku dzieciaki o mocno już zdeformowanych ciałkach, i te ledwie się poruszające mieszkały osobno, aby nie straszyć tych zdrowych, które były do czegoś jeszcze potrzebne. Potem po roku 1943 już nikt w tym diabelskim ośrodku się w takie niuanse nie bawił, do ogrodu na tzw. zabawy na świeżym powietrzu jakkolwiek makabrycznie by to nie brzmiało, wypuszczane zostawały wszystkie naraz. Efektem eksperymentów były np. tak pokręcone ciałka kilkulatków jak u dorosłych z przewlekłym artretyzmem, dużo miało ciałka pokryte potwornymi bliznami jedne się goiły drugie wcale, wiele było już pół ślepcami, lub wyglądały jak dzieci z wodogłowiem, pomimo że przyjechały tam zdrowe, ładne i w zdecydowanej większości, zadbane.

Ssman wspominał też o jedynych nastolatkach tego dziecięcego obozu, które przywieziono z Rosji co też zapamiętał, bo śledzili w tym czasie doniesienia z walki o Stalingrad. Wówczas przede wszystkim fascynowali się straszliwym głodem, który dziesiątkował wtedy Rosjan, więc był zdziwiony kiedy zobaczył dziewczynę o tak jedwabistej cerze, jakiej nigdy nie widział w swoim życiu a jego zdaniem powinna być zszarzała z głodu i wyczerpania, jej jasne włosy lśniły jak włosy sztucznej lalki(słowa ssmana). Chłopak był niedożywiony jak i dziewczyna ale gdyby go podkarmić to zapowiadał się na okaz męskiej urody, takie było zdanie wszystkich tam przebywających. Dziewczyna po przyjeździe dużo płakała natomiast chłopak upominał ją dość szorstko aby się uspokoiła, jak możemy się domyślać ważne dla niego było zachować się godnie, ci dwoje byli rodzeństwem. Zamknięto ich w czymś w rodzaju szklanych klatek, chłopak otrzymał nie wiedzieć czemu większą klatkę, jego siostra tylko tyle aby mogła się położyć, byli zupełnie nadzy bez ubrań. Przechodzące tym korytarzem dzieci mogły rodzeństwo nastolatków obserwować. Dziewczynę karmiono tylko męskim nasieniem a chłopaka krwią, potem po kilku miesiącach dodawano do tego różne trucizny, tak że oboje umarli w męczarniach.

Oczywiście nie wszystkie te straszne rzeczy opowiedział jej od razu, wiele z nich dopiero po latach, jak np. że wielu z tzw. personelu medycznego to byli pedofile. Niestety Irenka domyślała się, że jej mąż uczestniczy w czymś potwornym. Jednakże na moje pytanie dlaczego od niego nie odeszła, odpowiedziała z rozbrajającą bezradnością, że powodem była jej bezwarunkowa miłość do niego. Nie drążyłam tematu w stylu- że dla mnie byłoby niemożliwe kochać człowieka, który uczestniczył by w tak strasznym procederze.

Taka moralna terapia byłaby po prostu bez sensu dla dziewięćdziesięciolatki, bo staruszka i tak bała się czy Bóg ją przyjmie po tym wszystkim i jak osądzi….Zresztą ciągle powtarzała, że nie było dnia aby nie wracała myślami do tamtych zdarzeń. Przez kilka lat ostro nadużywała alkoholu i potem leczyła się z choroby alkoholowej, do alkoholu już nie wróciła uważając, że to nie było wyjście.

Najbardziej jednak wstrząsnęła nią historia polskiej rodziny a właściwie ich ośmioletniego syna, o której opowiedział jej mąż zaraz po przyjeździe tych ludzi. Jak już w poprzedniej części wspomniałam była to rodzina z Polski z ok. ośmioletnim chłopcem, w ich domu znaleziono kilka tych tajemniczych „pudełeczek”, na których tak zależało „naukowcom” tegoż ośrodka. A więc czemu ta rodzina tak zapadła w pamięć ssmanowi, otóż sądził on, że byli wyjątkowo butni i nie okazywali strachu.

Wręcz przeciwnie to wielu pracowników obozu przestraszyło się mężczyzny, który ponoć miał rzucić jakąś groźbę czy klątwę w rozmowie z zarządzającym ośrodkiem. Niby taki zimny ssman ale wyznał swojej żonie, że on również się porządnie przestraszył i wiele nocy po tym jak spojrzał w „rtęciowe” oczy mężczyzny -tak określił ich kolor- nie mógł zasnąć. Rodzice chłopca przebywali z nim ok. trzech miesięcy, potem nagle zniknęli, chłopczyk był oczywiście bardzo smutny, ale widział mnóstwo dzieci w o wiele gorszym stanie niż on, więc pomagał im jak mógł w miarę swoich ośmioletnich sił. Przede wszystkim mimo własnego smutku starał się rozbawić dzieci szczególnie te, na których już eksperymentowano. Pozwolono mu także odwiedzać te, które już o własnych siłach nie mogły się poruszać, dzieci go po prostu uwielbiały.

Ten dzieciak z Polski też odrzucił od razu propozycję, otwarcia któregoś z „pudełek”, i był on jedynym dzieckiem, który nawet się nie starało dotykać „pudełeczek”, ani się nimi nie interesowało.

Któregoś dnia chłopczyk, podszedł do najmłodszego z ssmanów właśnie tego, który prosił już raz szefa obozu o podanie wyżej opisywanej dziewczynce jakiegoś środka skracającego życie. Chłopczyk poprosił właśnie jego aby ten go wysłuchał, ów młody ssman był bardzo zdziwiony, bo myślał do tej pory, że chłopiec ledwie co rozumie niemiecki a ten płynnie bez śladu najmniejszego akcentu zaczął przedstawiać mu swoją prośbę. Zanim jednak niemiec go wysłuchał, zapytał skąd zna język niemiecki chłopiec odpowiedział, że z obozu i było to prawdą ponieważ jego rodzice rozmawiali z szefem tego diabelskiego ośrodka po francusku, był to jedyny język obcy który znali.

Prośba chłopczyka była taka, a mianowicie złożył ssmanowi następującą propozycję, że on chce uciec z obozu właśnie na jego zmianie. Niemca zaszokowała bezczelność dzieciaka, że akurat osobę, zobowiązaną do pilnowania aby ucieczki się nie zdarzały, namawia do zdrady. Chciał już skarcić chłopca aby więcej nie wygadywał takich bzdur, ale też nie myślał nikomu zdawać relacji z rozmowy z dzieckiem, bo wiedział jaki los je czeka.

Jednakże chłopczyk dalej wyłuszczał mu swój plan, więc kontynuując powiedział „ja wiem, że pan byłby w niebezpieczeństwie, gdyby mój plan się powiódł, ale on się nie powiedzie, bo na skałę nie uda mi się wspiąć więc pan musi zapomnieć niby zamknąć bramę po wyjściu załogi śmigłowca, i wtedy ja się wymknę a … pan mnie zastrzeli, bo przecież będę widoczny jak na dłoni na lądowisku śmigłowców za bramą”. I tutaj prośba chłopczyka o śmierć prawie, że zwaliła ssmana z nóg, przeżył już co nieco w swoim życiu ale sposób w jaki dzieciak przedstawił mu tę propozycję, to było coś z czym chyba nie wiedział jak ma sobie poradzić. Tym bardziej, że chłopczyk widział jakby rozkminy niemca, złapał go więc za rękę i proszącym głosem powtarzał „błagam pana niech mnie zastrzeli, naprawdę zrobi pan coś dobrego”.

Po tych ostatnich słowach ssman jakby wrócił do równowagi i zapytał sarkastycznie, twoim zdaniem to będzie dobry uczynek gdy ciebie zabiję? Przecież rodzice mogą po ciebie przyjechać, na co chłopiec odpowiedział z okropnym smutkiem, że jego rodziców już zabito. Poprosił też jeszcze raz o zastrzelenie go. Jednakże niemiec odesłał go ze słowami „ciesz się, że nikomu o tym nie powiem”. Chłopczyk powlókł się do siebie, więcej już też z nikim z ośrodka nie zamienił słowa aż do swojej śmierci, pocieszał jedynie cierpiące dzieci.

Tę całą historię mogła mi Irenka z detalami powtórzyć, bo równie dokładnie opowiedział ją młody ssman jej mężowi, z którym był w przyjaźni, nawet ich mieszkania znajdowały się obok siebie. Na korzyść niemca trzeba podkreślić, że prośba chłopca zaburzyła jego spokój jak mówił do męża Irenki, i postanowił dyskretnie śledzić los dzieciaka z Polski. Dziecko było chyba dosyć odporne na wszelkie eksperymenty bo minęło prawie pół roku zanim było widać pierwsze symptomy czyli ograniczenia ruchowe, opuchlizny, rany otwierające się chłopczyk trzymał się dzielnie ale i on w końcu zdecydował, że nie będzie opuszczał swojego pokoju aby nie straszyć dzieci swoim wyglądem. Tak powiedział dzieciom przy kolacji i więcej rzeczywiście do nich nie wyszedł, dzieci tęskniły za nim ale im nie wolno było go odwiedzać.

Dziecko cierpiało okropnie jednakże nikt nigdy nie słyszał jego płaczu ani skarg, pod koniec tylko jęk. Ponoć mógł cierpieć, ponieważ jak powiedział dowódca ssmańskiej ochrony owemu młodemu ssmanowi, chłopczyk był jednym z kilkorga dzieci, na których testowano ile bólu są w stanie wytrzymać w takim czy innym stanie zdrowia. Mąż Irenki więc dowiedział się tych szczegółów, bo jego młodszy kolega ciągle się losami chłopca interesował.

Ów ssman postanowił też zobaczyć co jest z chłopcem gdy go już nie widywał na zewnątrz. Ujrzał, że mały leżał już bezwładnie, nie był prawie do siebie podobny, na całym ciele miał pękające bąble a główka wyglądała jakby miał wodogłowie, i tylko charczał ale oczy miał otwarte i jak twierdził ów ssman było w nich oczekiwanie na śmierć. Oczywiście dowódca niemca zakazał mu w przyszłości zachodzić do tzw. laboratoriów i części szpitalnej.

Po tym wszystkim tenże młody ssman ciągle wracał do tej historii w rozmowach ze swoim kolegą czyli mężem Irenki, ten był już wściekły i powiedział, jak ci tu za ciężko to zgłoś się na front wschodni. Później jak twierdził pożałował swoich słów, bo jego kolega rzeczywiście tak zrobił i słuch po nim zaginął. Niestety ośmio czy dziewięcioletnie dziecko proszące o śmierć tak wstrząsnęło Irenką, co wydaje się oczywiste, bo jest to coś przekraczające ludzkie pojmowanie, więc błagała ona swojego męża na kolanach aby porzucił tę „pracę”. Niestety nie zamierzał jej absolutnie posłuchać, wręcz ją straszył, że to byłby ich koniec.

Zresztą często pod koniec wojny powtarzał jej słowa, które wydają mi się znamienne, otóż zapewniał ją, że wojna niedługo się skończy a oni będą żyć nadal w luksusie.

Niestety nie tak jak sobie wyobrażał czyli on jako wielki generał uzurpator w jakimś państwie, bo z badaniami naukowymi w czeskich górach coś poszło nie tak. Aczkolwiek jak twierdził niczego im po wojnie nie zabraknie i ich status materialny się nie zmieni, był głuchy na zarzuty swojej żony, że to nie są uczciwe pieniądze, że są wynikiem cierpienia i to najgorszego bo bezbronnych dzieci.

Irenka nie chciała aby brał jakieś pieniądze „z tamtego miejsca” i przekonywała go, że dadzą sobie radę po powrocie do Niemiec, dało to taki efekt, że nie rozmawiał z nią więcej na ten temat. Na krótko przed zakończeniem wojny wojsko wysadziło i spaliło ten ośrodek przedtem śmigłowce zabrały w nieznanym kierunku wyposażenie laboratorium i jak zauważył mąż Irenki setki mózgów dziecięcych w formalinie. Żyjące dzieci zostały zabite i wszelkie kości, rozpuszczano w jakichś kwasach, bardzo dokładnie zacierano ślady, oczywiście on i jego grupa w tym wydatnie pomagali, przedtem podpisali coś jak klauzulę „ściśle tajne”.

W końcu wysadzono wszystko w powietrze, mnie osobiście bardzo intryguje dlaczego tak starannie zatarto ślady akurat w tym obozie, czyżby dlatego, że były tam wyłącznie dzieci sławjańskie-jestem tego pewna na sto procent, ale też dla mnie wszystkie tropy wskazują na to, że miało to związek z pozostałościami po naszych przodkach-Arjach, w tym z STSem.

W trakcie powrotu do niemiec, tak jak Irenka przeczuwała zmarła jej córeczka i świat dla niej zobojętniał. Dopiero w latach 60 tych urodziła syna, kiedy się tego praktycznie nie spodziewała, był zdolny ale okazało się, że ma zaburzenia psychiczne. Przy pomocy swoich pokaźnych pieniędzy podleczyli go na tyle, że ożenił się i miał także córkę, musi żyć jednak ciągle na lekach.

Jej mąż co miesiąc spotykał się prawie aż do śmierci ze swoimi kolegami z dawnego czeskiego obozu w drogich restauracjach, zagranicznych wyjazdach czy kegel-klubach, oczywiście na te spotkania z „kolegami z wojska”nie zabierał nigdy swojej żony, zresztą ona wcale tego nie chciała.

Większa połowa z jego dawnej załogi zamieszkała w obu amerykach, natomiast ci wszyscy mieszkający w niemczech żyli w luksusie i pełnią życia, bardzo długo ale ponoć żaden z nich nie pozostawił potomków, ponieważ ich dzieci okazały się albo być bezpłodne a niektórych wnuki zmarły z kolei w wypadkach lub inne rodzaje śmierci. Praktycznie więc żyją jedynie potomkowie Irenki, czyli jej syn, wnuczka i prawnuki. Być może starosławjańska klątwa ojca torturowanego chłopca zadziałała.

W obozie przeprowadzano wszelkie wynaturzone eksperymenty, tak że przewyższały one proceder doktora mengele, zresztą tak na marginesie on sam nie był autorem wszystkich doświadczeń na ludziach. Inna bardzo ważna dla mnie sprawa to słowa męża Irenki, który twierdził, że owe niepozorne „pudełeczka”( przez które zatorturowano na śmierć setki, jak nie tysiące sławjańskich dzieci)- nie pochodzą z ziemi tylko z innej planety i praktycznie są niezniszczalne.

Irenka powtarzając jego słowa chciała mi pewnie udowodnić, że może jej mąż nie był w pełni poczytalny jak jej syn później, skoro jej zdaniem bredził coś o znaleziskach z innych planet.

Nie tłumaczyłam jej tego, bo nie chciałam już obciążać jej wiekowej głowy, natomiast bardzo smutne jest dla mnie to , że wszystkie polskie opiekunki uważały opowiadania staruszki za wymysły chorego umysłu. Jakby nie zauważały, że miała doskonałą pamięć do detali, nawet sprzed kilkudziesięciu lat, dokładnie np. pamiętała, że ona wraz z mężem i jego dowódcą spotkali się na party u Haydricha i dokładnie opisała wnętrza jego willi, ludzi uczestniczących w tym spotkaniu oraz ich stroje.

O tej willi zrobiło się głośno dopiero gdy chciał ją odkupić od rządu czeskiego syn czy wnuk Haydricha.

Mam nadzieję, że nawet niezbyt wrażliwe osoby zrozumieją, dlaczego potrzebowałam aż 10 lat aby tę historię opublikować.

Tytułem epilogu:Irenka błagała mnie abym zabrała ją ze sobą, mimo iż jej tłumaczyłam, że mieszkam w Polsce a nie Czechach, nie docierało to do niej bo chciała umrzeć na Wschodzie jak mówiła. Pierwsza żona jej syna i wnuczka bardzo temu kibicowały, bo jak twierdziły Irenka będzie w Polsce szczęśliwa. Natomiast druga żona jej syna, która również mnie bardzo lubiła stwierdziła jednak, że babcia jest ubezwłasnowolniona i są to zbyt duże perturbacje prawne.

Z opowieści kobiety, która była z Irenką do momentu gdy oddawano ją do domu starców, wiem że staruszka trzy razy rozpinała płaszcz aby opóźnić wyjazd. Szeptała opiekunce, że może jeszcze trochę poczekać bo ja mogę się po nią w każdej chwili zjawić i zabrać do siebie. Nie mogę o tym wszystkim myśleć bez łez, niestety nie miałam możliwości zrealizować ostatniego życzenia Irenki, być może z klątwą ojca chłopczyka, który prosił ssmana o śmierć, coś jest na rzeczy…

Sława Sławjanom

Wnuczka sławjańskiej wiedźmy

Caucasian couple laying in grass

3 komentarze

  • Wiem, że nie w temacie, ale… komubyście bardziej zaufali? Marcinowi Vamowi czy Potockiemu?

  • XXY

    W związku z Twoim drastycznym artykułem taka myśl, czy ten obóz nie mógł być np. w kierunku Ostervy, gdzie pod ścianami masywu jest symboliczny cmentarz ofiar Tatr, wiadomo że nikt tam nie będzie grzebał, prawda? Tym bardziej gdyby to miała być zmowa milczenia.
    Drugi wariant to taki, że Tatry(ta kobieta wspominała o wysokich górach) po stronie słowackiej są bardziej niedostępne niż te polskie(takie jest moje wrażenie po wędrówkach i wspinaczkach) w tamtym rejonie a najwyższy szczyt Gierlach czy Garłuch to 2635m.
    W dodatku jest tam sporo dużych jaskiń, niektóre mogą być sztucznie zawalone i przez lata już przyroda zadbała, że tych wejść nie da odnaleźć. Piszę o tym dlatego ,że bywałem po słowackiej stronie w tych wysokich Tatrach, w Karpatach. Gdybym wtedy o czymś takim wiedział być może trochę inaczej patrzyłbym na te góry, czyli szukałbym jakichś ciekawych i bardziej tajemniczych akcentów, oczywiście zakładając, że miałbym fart coś znaleźć. Jestem naprawdę wstrząśnięty opowiadaniem tej kobiety.

Dodaj komentarz