Strażnicy piekieł

CZASEM PRAWDA WYCHODZI NA JAW CHOĆ NIKT JEJ NIE SZUKAŁ- Menander

Tę potworną historię usłyszałam osobiście, ponad 10 lat temu będąc w niemczech, i od początku istnienia My Słowianie zabierałam się do jej przedstawienia, ale nie bardzo mogłam się zmobilizować. Niemniej wszystko ma swoje miejsce i czas, więc być może ten wrzesień 2021, w którym po raz 80 ty przywołuje się pamięć o potwornościach drugiej wojny światowej, jest wreszcie odpowiedni. Musze przyznać, że ta opowieść a właściwie spowiedź pewnej staruszki przewyższała wszystkie opisy okropieństw i wywarła ona na mnie o wiele większe wrażenie niż inne przeczytane czy wysłuchane dotąd historie, prawdopodobnie dlatego, że dotknęła ona małe sławjańskie dzieci. Aspektem tej historii niezmiernie dla mnie ważnym jest też i to, iż pośrednio dotyka spraw związanych ze Starym Testamentem Sławjan, którego poszukiwanie przez pewną nację miało miejsce szczególnie w czasie drugiej wojny światowej.

Wielu z czytelników ma zapewne pojęcie o zamku Wawel gdzie hitlerowcy przeprowadzali jakieś dziwne eksperymenty, a w rzeczywistości próbowali odtworzyć moc Arjów, czy prawdziwego Arja, a także ogólnie potęgę naszych praprzodków ale oczywiście na użytek czarnogłowych.

Nie łudźmy się jednak, nie wymyślili tego sami niemcy, wszystko było finansowane z wall street. Ośrodków zajmujących sie tego typu “działalnością”, było oczywiście więcej-niestety nie o wszystkich mamy jakiekolwiek pojęcie.

Ja akurat o jednym z nich dowiedziałam się od osoby, której mąż w takim strasznym miejscu “pracował”. Niemniej nie był to taki typowy ośrodek “naukowy” jak Wawel ale przeprowadzano tam jednak niezwykle okrutne eksperymenty na dzieciach. Ta opowieść wryła się głęboko w moją duszę i myślę, że nadszedł ten czas aby i inni o niej usłyszeli.

Zaczęło się od telefonu mojej znajomej, która pracowała wówczas jako opiekunka osób starszych w Niemczech.

Ona to poinformowała mnie, że pracuje u niezwykle ciepłej serdecznej kobiety, ma ona co prawda ponad dziewięćdziesiąt lat ale dysponuje świetną pamięcią i może mi przekazać fascynującą historię z czasów wojny, i to właśnie na temat, który mnie z pewnością zainteresuje.

Na koniec moja znajoma dodała, że jest to wdowa po essesmanie, nieco mnie to zdziwiło bo ciepła i serdeczna osoba a jednocześnie wdowa po essesmanie nie mieściła sie w moich standardach. Dodatkowo jeszcze rodzina tej staruszki miała być niezwykle życzliwa Polakom, nie mieli nic przeciwko temu aby i mnie opowiedziała ona historię, ktorą przeżyła w młodości a miało to miejsce w Czechach.

Miałam tam pobyć jakiś czas powiedzmy dwa tygodnie, bo i okolica była bardzo ładna, a moja znajoma w zamian za to wzięła sobie urlop.

No cóż zdecydowałam się i nie żałowałam, ponieważ sytuacja wyglądała tak, jak to przedstawiła mi znajoma.

Ludzie sympatyczni, choć z opowieści synowej starszej pani dowiedziałam się, że nad częścią rodziny jej zdaniem ciąży klątwa. Po tym co usłyszałam potem od tej babci wcale bym się nie zdziwiła, gdyby tak było w rzeczywistości.

Pierwsze wrażenie ze spotkania bardzo mnie zdziwiło, bo jednak wyobrażałam sobie starą, zgorzkniałą czarownicę do tego brzydką, niestety babcia nosiła mimo wieku ślady wyjątkowej urody. Nie dała mi mi możliwości nie polubienia jej, bo witała mnie jak najbliższego członka rodziny a nawet jak oczekiwaną od dawna bratnią duszę.

Co chwilę przytulała mnie do siebie i odsuwała jakby nie mogła uwierzyć, że mnie spotkała, cały czas powtarzała, że jest tak szczęśliwa, że ja do niej przyjechałam . Nigdy się z czymś takim nie zetknęłam za granicą a w kraju może raz czy dwa ale nie było to tak spontaniczne, więc przyznam, że tego nie rozumiałam – początkowo.

Oczywiście starsza pani nie przypominała germańskiego typu urody, więc jako, że mieszkała w młodości w Czechach pytałam czy nie jest Czeszką, niestety jasnej odpowiedzi nie otrzymałam, więc nie drążyłam tematu.

Nazwę ją Irenką, bo nie mam od rodziny pozwolenia by podać jej prawdziwe personalia. Z kolei prawdziwe nazwisko też nie było prawdziwym, bo sama się do mnie przyznała, że to “organizacja” nadała im to nazwisko przed powrotem do Niemiec w 1945. Nadane nazwisko brzmi jak nazwisko znanego bajkopisarza niemieckiego. Czyli nomen-omen, gdyby któreś z nich coś “wychlapało”, należałoby to między bajki włożyć, czyżby takie było założenie owej “organizacji”?. Własnie dlatego, tym bardziej mam pewność, że historia Irenki jest prawdziwa.

Zanim zaczęłyśmy głębsze rozmowy, musiałam się najpierw wyspać, bo przyjechałam pod wieczór i miałam za sobą paręset kilometrów. Nocowałam na dole domu zupełnie sama, bo babcia zajmowała górę. Zamierzałam położyć się do łóżka i zauważyłam jak ogromny pająk nieco większy moim zdaniem niż znany mi pająk ptasznik, wybiega z mojej sypialni i chowa się w pokoju obok.

Nie odczuwam lęku przed pająkami ale nie byłam pewna czy to niegroźny ptasznik, który być może uciekł sąsiadom czy niestety jadowita czarna wdowa, która tak samo mogła się uwolnić.

Okolica była raczej zamożna z okazałymi willami, więc uważałam, że mogą być tam pasjonaci różnych niebezpiecznych zwierzątek i nie było to zupełne bezpodstawne. Zadzwoniłam więc do syna i synowej, którzy mieszkali obok pytając czy jest możliwe, że być może jego wnuki zostawiły “pajączka”, nie było jednak takiej opcji. Natomiast kilka domów dalej pan posiadał rzeczywiście kolekcję węży, pajaków itd… ale ponoć dotąd żaden z jego pupili nie opuścił terrarium. Jednakże oboje czyli syn i synowa babci, przeszukali wraz ze mną oba pomieszczenia, niestety bez rezultatu. W końcu doszliśmy do wniosku, że mogło mi się coś przywidzieć ze zmęczenia.

W obcych pomieszczeniach trudno mi zasnąć, tutaj zapadłam w sen od razu, jednakże po jakimś czasie czułam, że zaczynam śnić, ale coś niedobrego bo ogarnął mnie lęk.

Nagle nad sobą zobaczyłam człowieka w mundurze, nie widziałam szczegółów ale byłam pewna, że to mundur niemiecki. Widziałam dokładnie twarz tego mężczyzny, był bardzo przystojny o wyjątkowo regularnych rysach twarzy, aczkolwiek przerażał mnie, sposób w jaki mi się przyglądał. W tym momencie usłyszałam głos moich nieżyjących już rodziców, którzy zjawili się za tym człowiekiem, wołając “obudź się dziecko, niebezpieczeństwo! ” . Ich głosy wybudziły mnie od razu, także wyskoczyłam z łóżka jak oparzona. Miewałam już w życiu koszmary senne, po których bałam się zasnąć, jednakże po koszmarze z ssmanem nie zasnęłam już do samego rana, chociaż raczej koszmarnych scen nie zdążyłam we śnie przeżyć. Po drugie do rana zastanawiałam się przed jakim niebezpieczeństwem ostrzegali mnie rodzice. Przecież wiedzieli, że miewałam wizje i sny na prawdę koszmarne, od których normalnemu człowiekowi może serce odmówić posłuszeństwa, więc do dzisiaj dziwię się czemu akurat “zaingerowali” w tym śnie, który nie był dla mnie aż tak przerażający.

Na drugi dzień babcia chyba zauważyła moje niewyspanie i zamyślenie, bo pogłaskała mnie po ramieniu i powiedziała jeżeli to był mój mąż to chciał od ciebie tylko modlitwy.

Niestety, ale ja raczej byłam przekonana, że modlitwy to on nie chciał, jednakże nie powiedziałam tego tej dobrej kobiecie, nie chąc jej zranić. Jak już na początku zaznaczyłam polubiłyśmy się od razu, parę dni przegadałyśmy na różne tematy i z przyjemnością stwierdziłam, że babcia była dość oczytana i pomimo wieku miała doskonałą pamięć. Była w niej też ogromna tęskonota za powrotem do Czech, jednakże mąż zakazał jej nawet wspominać tamten okres ich życia, więc jako oddana i posłuszna żona nie wracała w rozmowach z nim do tego tematu. Natomiast po jego śmierci chęć powrotu w tamte strony wróciła ze zdwojoną siłą, oczywiście w swoim środowisku była niezrozumiana. Nie miała w niemczech rodziny oprócz rodziny męża, nie miała też przyjaciółek pomimo, że w niemczech mąż mając do dyspozycji dużą sumę pieniędzy, rozkręcił interes i byli zamożnymi ludźmi. Obracali sie w tzw. towarzystwie ale jak twierdziła były to bardzo powierzchowne znajomości.

Wiem, że wstęp jest dosyć przydługi ale uważałam go za konieczny, ponieważ sądzę, że nieodzownym jest przybliżenie osoby i okoliczności w jakich tę historię mi przekazano.

A zaczęła się ona w ten sposób, że na krótko przed drugą wojną światową Irenka poślubiła niemieckiego oficera, który był od niej dekadę a może i trochę więcej starszy ale jak twierdziła był szalenie przystojnym mężczyzną, w dodatku uprawiał sporty w tym ekstremalne, był też niezwykle szarmancki i hojny.

Jeszcze zanim na dobre rozpoczęła się druga wojna światowa mąż zaczął służyć w ss. Irenka jako świeżo poślubiona żona nie wnikała ani w jego tajemnice zawodowe ani w tzw. organizację, o której skąpo ją informował ale twierdził, że przynależność do tejże organizacji to wielki zaszczyt i odróżnia jego a co za tym idzie i jego rodzinę od zwykłych śmiertelników.

Ja przypuszczam, że mąż Irenki należał po prostu do masonerii, może nie wysokiego stopnia, ale jakieś perspektywy przed sobą miał.

Pod koniec 1939 w zimie otrzymał służbę jak twierdził w sanatorium i jednocześnie ośrodku edukacyjnym dla wybitnie zdolnych dzieci z krajów podbitych, w Czechach.

Był to bardzo ważny ośrodek, bo jak w tajemnicy powiedział swojej żonie był on w całości strzeżony przez formację ss. Ośrodek był położony w wysokich górach, cały czas się rozbudowywał, a prace budowlane postępowały piorunującym tempie, mimo wyjątkowo trudnych warunków. Jak opowiadał Irence dzieci miały być wyselekcjonowane bardzo dokładnie. Ośrodek był supernowoczesny jak na tamte czasy, bo już wówczas drzwi, jak opowiadał swojej żonie, otwierały się na dotyk, czyli mówiąc dzisiejszym językiem na fotokomórkę. Wszędzie były kamery i różne inne gadżety i aż mi się wierzyć nie chciało w to wszystko, ale było widoczne na twarzy babci, że ona tylko przekazuje co jej mąż opowiedział, sama nie bardzo potrafiła coś od siebie wymyślać, moim zdaniem nie miała zdolności do konfabulowania.

Pierwsze partie dzieci przyjeżdżały wraz z rodzicami, po 2,3 miesiącach, jak twierdził, rodziców tych dzieci już nie spotykał, prawdopodobnie wyjeżdżali do swoich spraw gdy dzieci się zaaklimatyzowały. Podczas tej służby mógł widywać się z żoną raz na tydzień w sobotę, w niedzielę wracał zawsze do ośrodka. Początkowo Irenka czuła się szczęśliwa, mimo, że męża widywała tylko raz w tygodniu i to jeden dzień, ale opływała w bogactwa, posiadała wielki dom, pięknie położony, z liczną służbą. Kilka razy w tym czasie gdy mieszkała w Czechach zdążyła osobiście poznać kilku rządowych notabli, którzy osobiście zaszczycili ich wizytą.

Jak mi mówiła, potem gdy oglądała procesy norymberskie trzęsąc się ze strachu, że i po jej męża w końcu się zgłoszą, nie mogła pojąć, że ci szarmanccy panowie wychwalający jej urodę i zapewniający o swoim poparciu dla kariery jej męża, byli zimnymi mordercami.

W 1941 roku urodziła córeczkę, jak każda młoda matka była przeszczęśliwa, na urodzenie dziecka otrzymała od męża sportowe auto i diamentowy naszyjnik. Narodziny córeczki jak mi powiedziała zrekompensowały jej odcięcie się od niej rodziny. Nie chciała mowić o swojej rodzinie więc nie naciskałam, ale coraz bardziej upewniałam się, że musiała być jednak Czeszką. Od momentu kiedy mieli swoje dziecko, jej mąż jakby więcej zaczął opowiadać Irence o kulisach swojej pracy. Nie miały one oczywiście statusu ściśle strzeżonych tajemnic, niemniej były to sprawy, które jakby zaczęły mu przeszkadzać czy go powoli drażnić.

Mianowicie z irytacją opowiadał o tych bachorach, które mają idealne warunki a tego nie doceniają, niektóre po wyjeździe rodziców próbowały ucieczki, oczywiście nie było takiej możliwości aby im się to powiodło. Wtedy Irence zaczęło się zapalać tzw. czerwone światełko, bo skoro to ośrodek edukacyjny to przecież należałoby tym dzieciom pozwolić na wyjazd, pytała męża. On nie mówił wszystkiego ale te kwestie, które drążyła jego żona, jakoś jej objaśniał. Wiedział, że nikomu o tym nie powie, bo po pierwsze jedyne jej otoczenie to żony innych ssmanów, z którymi on pracuje a po drugie uświadomił jej, że mogłaby zapłacić cała rodzina, gdyby podzieliła się z kimś tym co czasem opowie jej mąż w tajemnicy.

Ogromnym cieniem na luksusowym i do tej pory beztroskim życiu Irenki położyło wyznanie jej męża, o 7 latku z Polski, który w 1942 roku przyjechał do ośrodka z rodzicami. Od pewnego bowiem czasu, przywożono tylko same dzieciaki, bez rodziców i to w coraz większych ilościach, głównie były to dzieci mówiące po polsku, później dołączyły też mówiące po rosyjsku, nie opowiadał nic o czeskojęzycznych dzieciach, co w dalszym ciągu utwierdza mnie, że Irenka pochodziła z rodziny czeskiej.

Otóż przez te dwa lata widział sporo rodzin z dziećmi i wyglądały one różnie, niektórzy na zrezygnowanych, ale i takich mających w sobie nadzieję, niestety większość była raczej wystraszona, niepewnością jutra.

Mąż Irenki był w ośrodku zastępcą szefa tej ssmańskiej ochrony, więc to on odbierał nowo przywiezione osoby, i to on w swoim biurze wpisywał ich do ewidencji ośrodka, informował o zasadach i o tym, że dopiero po miesięcznej kwarantannie będą mogli wyjść poza ośrodek, co oczywiście się nigdy nie zdarzyło. Często się irytował, że nie wolno im posiadać sekretarki, bo jak najmniej ludzi ma być w projekt wtajemniczonych, i wobec tego wszelkie papierkowe roboty musiał wykonywać sam. Aczkolwiek po raz pierwszy zdarzyła się sytuacja, że rodzina z siedmioletnim dzieckiem miała od razu zgłosić się do szefa ośrodka z pominięciem ewidencjonowania. W dodatku zapamiętał pełne pogardy spojrzenie mężczyzny, które na nim spoczęło, jego zdaniem mężczyzna miał dziwne hipnotyczne oczy, które budziły niepokój tego na kogo spojrzał. Ssman początkowo był przekonany, że para jest rodzeństwem, jednak po bliższym przyjrzeniu była jednak znaczna różnica w wyglądzie, i w rzeczywistości byli małżeństwem.

Oboje byli wysocy, mężczyzna był sporo wyższy od męża Irenki, który miał ponad 1,85 wzrostu, oboje mieli bardzo jasne włosy. Wszystko w nich było bardzo proporcjonalne wręcz klasyczne, do dziś pamiętam jak Irenka powtórzyła słowa swojego męża “rassige Leute, was besonderes”, oznacza to “rasowi ludzie – coś szczególnego”, czyli zapewne chodziło mu o coś rzadko spotykanego. Dzieciak był małą kopią swoich rodziców, niemniej jak się w dalszej rozmowie od Irenki dowiedziałam, nie ze względu na urodę przywieziono tych ludzi i ich syna. Oboje byli bardzo inteligentni, mężczyzna był lekarzem ale jego hobby to miała być starożytność i wspólnie z żoną zajmowali się ponoć jakimiś bardzo starymi przedmiotami, które nazwał mąż Irenki – pudełkami. Wypytywałam Irenkę o kształt tych pudełek, niestety jej mąż widział tylko jedno a to przypominało współczesną kostkę rubika, oczywiście było jak twierdził skonstruowane z jakiejś nieznanej współcześnie substancji. Jak się domyślacie zapewne, ja chciałam się dowiedzieć czy mieli też pudełko wyglądające jak zestaw kart do gry, ponieważ taki kształt miał STS, który zabrano przemocą z naszego domu, mojej Babci.

Niestety pudełko widział ten ssman tylko jedno, chociaż ponoć było ich kilka rodzajów, o czym opowiadał mu w tajemnicy jego szef. Zanim przyjechała owa rodzina z Polski, którą z różnych względów zapamiętał mąż Irenki, próbowano przy pomocy różnych specyfików, podawanych z pokarmem lub wstrzykiwanych przebywającym tam dzieciom, zmusić je by “otworzyły” owe pudełeczka.

Więc nie bez przyczyny zgromadzono tam najbardziej inteligentne dzieci, moim zdaniem błędnie sądząc, że umiejętność ta może tkwić właśnie w wybitnych sławjańskich mózgach. Jednakże nie w mózgu tkwi ta cecha, o czym pewnie teraz już wiedzą a w mocy ducha, którą rzadkie przypadki wśród Sławian posiadają. I tak było z pięcioletnim chłopcem, o którym jej opowiedział, niestety Irenka nie znała pochodzenia chłopca, on był przywieziony bez rodziców. Chłopiec ponoć otworzył jakieś sekwencje, któregoś z pudełek, wywołało to wręcz ekstazę wśród personelu, niestety na drugi dzień maluch miał powiedzieć, że nie umie nic więcej, bo anioł w nocy zabrał mu tę moc…

Tzw. lekarze prośbą i groźbą próbowali wyciągnąć z chłopca tę umiejętność, którą dzień wcześniej zaprezentował, niestety gdy to nie przynosiło rezultatów, poddano go torturom. Wyobraźmy sobie takie tortury jak wyrywanie ze stawów rączek pięciolatkowi, ich “eksperci” uważali ten rodzaj tortur za “bezpeczny” dla swoich celów, bo pięciolatek nie umierał od razu…

W końcu storturowane dziecko poddano wszelkiego rodzaju eksperymentom medycznym, które musiały doprowadzić do śmierci dziecka. Jest rzeczą potworną tylko o tym pisać, a jeszcze trudniej wyobrazić sobie męczarnie tych sławjańskich dzieciątek. Najgorsze jest jednak to, że ten obóz, który bym nazwała diabelskim miejscem, wysadzili w powietrze usraelcy, nie informując nigdy o nim opinii publicznej, bo nie znalazłam nigdzie żadnej wzmianki o takim obozie w czeskich górach.

O strasznym losie tej pięknej rodziny sławjańskiej i innych eksperymentach na dzieciach przeprowadzanych w tym ośrodku, opowiem w drugiej części.

Sława Sławjanom

Wnuczka sławjańskiej wiedźmy

6 komentarzy

  • Droga Wnuczko, jeśli mnie pamięć nie myli to pisałaś kiedyś, że car Mikołaj II był Sławjańskiej krwi i dobry, a ja znajduję informacje, że to kuzyn Jerzego V, króla Wielkiej Brytanii, tego który zmienił nazwisko z Saxe-Coburg and Gotha na Windsor i spotykali się na zjazdy rodzinne.

    https://wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,22594659,rewolucja-pazdziernikowa-dlaczego-krol-wielkiej-brytanii.html

    Pozdrawiam,
    Damian

    • Ale wiesz Damianie, że dezinformatorzy nie śpią ^^?

      • Kochany Voymirze, największym dezinformatorem jest oczywiście zafałszowana historia, której wszyscy również uczyliśmy się w szkole. Jednakże rzeczywiście w obecnym czasie największą szkodę robią dezinformatorzy udający prawicowych youtuberów.
        Pozdrawiam serdecznie

        Sława Sławjanom
        Wnuczka sławjańskiej wiedźmy

    • Kochany Damianku, akurat w tym względzie to Cie pamięć myli (to trochę żart a nie złośliwość, każdemu zdarzy się oczywiście zamienić datę czy nazwisko lub je zapomnieć), jednakże nigdzie nie pisałam, że car Mikołaj był sławjańskiej krwi.
      Pomyliłeś go z opisywanym przeze mnie carem Iwanem Groźnym synem polskiej wiedźmy Heleny z Glińskich.
      Sfałszowana historia go zohydziła i przekłamała jego temat, z tej prostej przyczyny, że zaczął wprowadzać sławjańskie prawa i zaproponował żydom opuszczenie ziem ruskich.
      Niestety nie zgodzili więc ponoć 30 tyś „wytłukł”…
      Natomiast pisałam o carze Mikołaju II dosyć przychylnie ponieważ, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie zdecydował się przystąpić do loży lub nie realizował ich wytycznych. Mimo wszystko car Mikołaj stał się bardzo rosyjski i bardzo prawosławny podczas swego panowania. Czyli co…karą dla niesubordynowanego człowieka , który został przez masonerię postawiony na tronie Rosji , mogła być właściwie tylko śmierć. W dodatku musiał im się porządnie postawić bo wybili mu całą rodzinę i zrobili to czarnym rytuałaem, ale tego na sto procent wyborcza już nie opisze.
      A swoją drogą dzięki za link, może kogoś zainteresuje co odpowie michnik na to pytanie… dlaczego niby własny brat cara odmówił mu pomocy?
      Pozdrawiam serdecznie.

      Sława Sławjanom
      Wnuczka sławjańskiej wiedźmy

  • Slava. Ja może trochę z innej beczki, ale chyba mieszczę się w temacie. Zawsze zastanawiało mnie okrucieństwo niemców. No i chyba znalazłem odpowiedź.
    Edi Slowianin przedstawił historię powstania tego państwa. I kim są w rzeczywistości. Powstali z księstw saksońskich, rzidków sefardyjskich. A to znowu tłumaczy ich talmudyczne zachowanie w stosunku do innych nacji. Ot i odpowieź. Wychodzi na to, że wszystkie anty ludzkie księgi napisali łoni. Włącznie z mein kampf.

Dodaj komentarz